„Niech pan chwilę poczeka” – czyli jak pozbyć się natręta

telefonObcując z pracownikami firm ubezpieczeniowych można czasem odnieść wrażenie, że uczestniczą oni w swego rodzaju grze, w której uzyskuje się punty za ignorowanie petenta, nie odbieranie telefonów, nie odpowiadanie na pisma i maile, czy też po prostu za utrudnianie interesantowi życia wszelkimi dostępnymi sposobami.

Oczywiście nie dotyczy to wszystkich likwidatorów. Zdarzają się tacy, którzy podchodzą do „drugiej strony” z szacunkiem a nawet sympatią – i w tym miejscu pragniemy im szczerze podziękować – ale niestety są to nieliczne wyjątki. Zazwyczaj, kontaktując się z ubezpieczycielem, trzeba uzbroić się w cierpliwość i wziąć zawczasu tabletki na uspokojenie. Jako profesjonalni pełnomocnicy, posiadamy rzecz jasna duże doświadczenie na tym polu i trudno nas czymkolwiek zaskoczyć. W końcu, to na tym między innymi polega nasza praca i za to klienci nam płacą, aby przebijać się przez mur arogancji i obojętności, oddzielający zamknięty świat wszelakich centrów, działów, pionów i departamentów likwidacji szkód od wszystkiego, co na zewnątrz.

Jednak, zdarza się, że likwidator wymyśli coś takiego, że w „grze” o której pisaliśmy na wstępie otrzymuje naprawdę mnóstwo punktów – a nam pozostaje tylko z niedowierzaniem pokręcić głową. Poniżej opiszemy jeden z takich przypadków.

Sprawa dotyczyła błędu lekarskiego, mającego dość poważne konsekwencje dla naszej Klientki. Ubezpieczyciel szpitala, w którym doszło do zdarzenia, otrzymał zgłoszenie szkody, szpital co do zasady uznał swoją odpowiedzialność. Wszystko powinno dalej pójść prosto, jednak… minął ponad rok i nic się nie stało. Ubezpieczyciel w żaden sposób nie skontaktował się z Poszkodowaną, nie wysłał żadnego pisma, nie uczynił dosłownie niczego. W tej sytuacji sprawa trafiła do nas. Oczywiście, jak mamy to w zwyczaju, zaczęliśmy od próby polubownego rozwiązania problemu. Dość łatwo ustaliliśmy numer telefonu do osoby prowadzącej sprawę. Zadzwoniliśmy…

Odebrał miły pan obdarzony przyjemnym, ciepłym tembrem głosu. Rozmowa przebiegła rzeczowo i spokojnie, likwidator co prawda nie był w stanie powiedzieć, co dzieje się ze sprawą, ale obiecał, że sprawdzi, dowie się wszystkiego i oddzwoni.

Minął dzień, drugi – likwidator nie oddzwonił. Zadzwoniliśmy więc sami – nie odebrał. Zastosowaliśmy wypróbowaną sztuczkę – odczekaliśmy kilka minut i zadzwoniliśmy z innego numeru. Podstęp zadziałał – miły pan podniósł słuchawkę. Był ewidentnie zaskoczony i niezadowolony, że dał się złapać i musi znów z nami rozmawiać. Dialog przebiegał mniej więcej w ten sposób:

– Dzień dobry, z tej strony Kancelaria Excambium, dwa dni temu rozmawialiśmy o szkodzie pani X., miał Pan do nas oddzwonić, niestety tak się nie stało, dzisiaj nie odebrał Pan od nas telefonu, czy moglibyśmy prosić o wyjaśnienia?

– Hmm, tak oczywiście, już tłumaczę, no mam już tą szkodę, nie odebrałem bo byłem zajęty.

– Doskonale, czy w takim razie może nam Pan wyjaśnić, dlaczego przez przeszło rok w sprawie nic się nie działo, oraz wskazać, kiedy zajmą Państwo stanowisko wobec roszczeń Poszkodowanej?

– Proszę chwileczkę poczekać, już patrzę…

Z tymi słowami nasz rozmówca odłożył słuchawkę na bok. Czekaliśmy cierpliwie. Minutę, dwie, trzy, cztery, pięć… W końcu nadzieja upadła i zwyciężył rozsądek. Zakończyliśmy połączenie.

Likwidator więcej nie odebrał. A odszkodowanie Poszkodowana otrzymała dopiero po wysłaniu przez nas interwencji do zarządu towarzystwa ubezpieczeniowego. O dziwo, od tego czasu miły pan odbiera już znowu telefony, a nawet odpisuje na maile…

 

7 komentarzy na temat:

  1. Szanowny Panie likwidatorze PZU Gwarek,
    przypomni Pan nam swój przebieg pracy jako likwidatora szkód osobowych i udostępni trochę korespondencji, może pośmiejemy się wszyscy…

    1. Dzień dobry,

      Niestety nie pamiętam czy pracując w PZU prowadziłem Pańską szkodę – jeżeli tak było i ma Pan zarzuty odnośnie przebiegu likwidacji, to proszę je śmiało wskazać, spróbuję się do nich odnieść.

      Nie zamierzam też ukrywać, że zdarzało mi się jako pracownikowi PZU podpisywać pisma, których treści teraz się wstydzę. Między innymi dlatego zmieniłem pracę. Jeżeli został Pan w ten sposób potraktowany, to z tego miejsca Pana przepraszam. Niestety będąc „trybikiem” korporacji musiałem niejdnokrotnie iść na daleko idące kompromisy z poczuciem przyzwoitości i moralnością, czego z perspektywy czasu bardzo żałuję.

      1. Pan panie gwarek pracy nie zmienił dobrowolnie. ..został Pan z niej poprostu wyrzucony. może pan załączy materiały prokuratorskie dlaczego?

        1. Szanowny Panie „Zorro”,

          Bardzo mi miło, że pracownicy PZU SA czytają mojego bloga i z niesłabnącym – choć może nieco niezdrowym – zainteresowaniem śledzą aktywność mojej osoby.

          Wolałbym wprawdzie widzieć tu komentarze nieco bardziej merytoryczne, zwłaszcza ze strony osób „z branży”, które niewątpliwie mogłyby w ciekawy sposób odnieść się do treści moich wpisów, np. tłumacząc czytelnikom jak to wszystko wygląda z tzw. drugiej strony.

          Niestety, najwyraźniej Pan woli czuć się dzielnym internetowym wojownikiem, oczywiście skrytym za tarczą anonimowości. Gdyby kiedyś miał Pan ochotę odbyć ze mną merytoryczną rozmowę, czy to w internecie czy na żywo, to zapraszam do kontaktu.

          Tymczasem, jeśli posiada Pan jakieś „materiały prokuratorskie” lub inne dokumenty potwierdzające, że popełniłem przestępstwo, to zachęcam do ich tutaj. Według mojej wiedzy jestem osobą niekaraną i jeśli nie ma Pan dowodów na swoje sugestie to sugerowałbym ważyć słowa, zwłaszcza że anonimowość w internecie – jak niejeden już miał się okazję przekonać – jest tak naprawdę dość iluzoryczna.

    2. Dla zainteresowanych – pan Tomasz Kaczmarski, autor powyższego komentarza, jest byłym pracownikiem firmy ubezpieczeniowej HDI, obecnie zaś również „zmienił stronę” i pracuje w firmie AKA, zajmującej się dochodzeniem odszkodowań. Panie Tomaszu, skąd ta agresja?

      1. To nie jest żadna agresja, tylko zwrócenie uwagi, że jak się coś przez lata wykonywało, to wypadałoby podejść do sprawy uczciwie i nie „strugać obrońcy uciśnionych”. Kwestia uczciwości, tyle.
        Co do podawania moich danych personalnych oraz informacji gdzie pracowałem i pracuję obecnie jest trochę na bakier z prawem, Szanowny Panie. Ja nie prowadzę bloga, nie mam „parcia na szkło” i nie interesuje mnie bycie osobą medialną i nie wyrażałem zgody na publikację moich danych, a tym bardziej informacji o moim zatrudnieniu, choć niczego z mojej kariery nie wstydzę się i nie zamierzam wypierać, nie będę przepraszał na zapas, jak Pan post wyżej…
        Uważa Pan z tymi danymi osobowymi, bo może się Panu trafić ktoś, kto potraktuje Pana poważnie i będzie Pan ugotowany, kolokwialnie mówiąc.

        1. Panie Tomaszu, dziękuję za radę, doceniam Pańską dbałość o moje dobro.

          Ze swej strony nie widzę sensu w dalszej dyskusji. Nie zgadzam się z żadnym z wyrażonych przez Pana poglądów, ale też nie jest moim celem życiowym przekonywanie ludzi inaczej niż ja myślących, że nie mają racji.

          Winszuję Panu przekonania o własnej słuszności i życzę wszystkiego najlepszego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>