Naprawdę dobra propozycja

piuroJakiś czas temu opublikowaliśmy krótki artykuł, w którym przestrzegaliśmy przed pochopnym podpisywaniem ugód proponowanych przez likwidatorów (zawsze przedstawianych jako niezwykle korzystne). Dzisiaj zdarzyła się nam sytuacja idealnie ilustrująca ten problem.

Skrótowo opisując samą szkodę – dość standardowy wypadek na nierównym chodniku, skomplikowane złamanie lewej ręki (obie kości przedramienia tuż przy nadgarstku), złe złożenie złamania w szpitalu w mieście powiatowym, następnie operacja w większym ośrodku, implanty, znaczne pogorszenie sprawności, utrzymujące się bóle, etc. Można powiedzieć, nasza codzienność. Niecodzienny było to, że ubezpieczycielem odpowiedzialnym za szkodę okazało się Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych „TUW” (oficjalny skrót TUW „TUW” – nie, to nie żart). Ów TUW (czy może „TUW”) znany nam był dotychczas jako firma oferująca nadzwyczaj tanie ubezpieczenia OC samochodów (cena ubezpieczenia w tym przypadku jak najbardziej koreluje z wysokością odszkodowania).

Tak więc TUW (TUW „TUW”) podjął likwidację szkody. Trwała ona oczywiście dłużej niż przepisowe 30 dni, trudno, zdążyliśmy się już dawno do tego przyzwyczaić. Pewnym urozmaiceniem był dodatkowy miesiąc oczekiwania spowodowany koniecznością przesłania akt do „Centrali” w celu „akceptacji stanowiska”. Akta długo jechały do Centrali, Centrala długo nad nimi dumała, potem akta jeszcze dłużej jechały z powrotem. Nareszcie przy kolejnym telefonie do likwidatorki (która w międzyczasie była na zasłużonym urlopie, co jeszcze dodatkowo przeciągnęło sprawę) otrzymaliśmy upragnioną wiadomość – Centrala „zaakceptowała stanowisko”, TUW „TUW” – jakżeby inaczej, nie mogło zabraknąć tego kultowego zaklęcia – „przyjmie odpowiedzialność”.

W tym miejscu likwidatorka mogłaby po prostu powiedzieć nam, jaka kwota zostanie wypłacona i wszyscy mieliby spokój, a my moglibyśmy przekazać Klientce pozytywną wiadomość. Zamiast jednak tak zrobić, pracownica TUW-u zaczęła nucić nam syrenią pieśń o ugodzie…

Z zasady nie zawieramy nigdy ugód pozasądowych w szkodach osobowych. Z niewyjaśnionych przyczyn, podczas gdy w szkodach majątkowych (zwłaszcza kiedy przedmiotem szkody jest samochód) dość często udaje się uzgodnić jakieś sensowne stanowisko – typu my mamy kosztorys na dziesięć tysięcy, ubezpieczyciel robi swój na pięć, dogadujemy się na osiem, to w szkodach osobowych jest to praktycznie niewykonalne. Tak też było i tym razem. Pani likwidator po wstępnym wywodzie na temat tego, jak to Poszkodowanej w zasadzie nic się nie stało i że to „taki niewielki uraz” zaproponowała kwotę… sześciu i pół tysiąca złotych. Delikatnie zwróciliśmy uwagę, że nasze roszczenia to pięćdziesiąt tysięcy samego zadośćuczynienia, nie mówiąc o kosztach i utraconych dochodach, więc jeśli mielibyśmy iść na ustępstwa, to wypadałoby zacząć od kwot oscylujących koło dwudziestu tysięcy, a nie sześciu (i pół). Rozmówczyni była niewzruszona – sześć i pół tysiąca złotych zadośćuczynienia na ugodę, jak nie chcemy to będzie mniej. No cóż – grzecznie podziękowaliśmy za tę wielkoduszną ofertę i poprosiliśmy o wypłatę w drodze uznania.

Dzień później otrzymaliśmy na maila decyzję. W ramach zadośćuczynienia wypłacona została kwota… ośmiu tysięcy złotych. Tak jest. Półtora tysiąca złotych więcej niż proponowana „bardzo dobra” ugoda. 

Pozostaje tylko zadać smutne pytanie, ilu nieświadomych ludzi godzi się i podpisuje codziennie takie „wspaniałe” ugody…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>